Ostatnio rozmawiałam z moją mamą o tym wszystkim co się wydarzyło. Moja mama wie co czułam, co czuję i co jeszcze długo będę czuć. Powiedziała mi tylko, że czas może mnie uratować. I chociaż wiem, że to prawda to po prostu czasem potrzebuję, żeby mi to ktoś powiedział, żeby mnie pocieszyć, uświadomić w tak oczywistym fakcie.
Ciężko zapomnieć o takim uczuciu. Ono gdzieś w środku jest, tyle że zamiast kiełkować, wyrastać pozwalam mu pomału usychać, opadać. Boli jak jasna cholera.
sobota, 23 sierpnia 2014
środa, 20 sierpnia 2014
Post numer 2.
Musiałam nauczyć się rozmawiać z Krzysiem. Czasem pękam od emocji i choć wiem, że wiele rzeczy, które mu mówię są bolesne, bo dotyczą spraw kiedy nie byliśmy razem. Dla mnie podwójnie bolesne, ale żeby wrócić do równowagi muszę o tym mówić i muszę nauczyć się z pewnymi rzeczami żyć. Oswajam je. Mówię, że w wielu sytuacjach potrzebuję się odblokować, potrzebuję czasu. Nie wiem na ile Krzyś jest w stanie to zrozumieć. Bądź co bądź ma 24 lata i przeze mnie i moje "przeboje" został rzucony chyba na najbardziej głęboką, życiową wodę w swoim życiu.
Wczoraj też we mnie wezbrało. Płacz, rozmowa. Jest ciężko. Ale wierzę, że i to przetrwamy. Czasem używam gorzkich słów, nie potrafię sobie poradzić z emocjami, więc rzucam takimi słowami, że każdy normalny człowiek zwinąłby manatki i poszedł w cholerę. Ale nie On.
Tak naprawdę paradoksalnie nad D. też miałam władzę. Moja siła tkwiła w jego największej słabości. Potrafił powiedzieć, że mnie nienawidzi, by za chwilę oddać się całkowicie w moje ręce. Nie wiem kto w tym związku był silniejszy a kto słabszy. Albo oboje byliśmy słabi.
Wczoraj też we mnie wezbrało. Płacz, rozmowa. Jest ciężko. Ale wierzę, że i to przetrwamy. Czasem używam gorzkich słów, nie potrafię sobie poradzić z emocjami, więc rzucam takimi słowami, że każdy normalny człowiek zwinąłby manatki i poszedł w cholerę. Ale nie On.
Tak naprawdę paradoksalnie nad D. też miałam władzę. Moja siła tkwiła w jego największej słabości. Potrafił powiedzieć, że mnie nienawidzi, by za chwilę oddać się całkowicie w moje ręce. Nie wiem kto w tym związku był silniejszy a kto słabszy. Albo oboje byliśmy słabi.
wtorek, 19 sierpnia 2014
Post numer 1.
Od mojego ostatniego pobytu na tym serwisie minął ponad rok. Nie raz wchodziłam na własny profil z myślą, by coś napisać. Jednak wszystko co związane z przeszłością niekoniecznie dobrze mi się kojarzy. Wydarzyło się tyle, że nie wiem czy nawet tutaj nie zabrakłoby miejsca, by to wszystko opisać. Dlatego postanowiłam założyć nowy blog. Bo wszystko co było... kosztuje mnie zbyt wiele, by do tego wracać.
Tego bloga chcę prowadzić dla osób, które znam od lat i jak wiadomo dla samej siebie.
Mimo wszystko. Muszę napomknąć o tym co i jak.
Narobiłam syfu. Popełniałam błąd za błędem. Moim pierwszym błędem, a właściwie błędem na który nie miałam wpływu, było zakochanie się w mężczyźnie, który górnolotnie mówiąc zabrał mi wszystko. Dzięki temu, teraz szukam samej siebie i pomału się składam. Zraniłam osobę, która naprawdę mnie kocha, która nie wiem po raz który wybaczyła mi to co zrobiłam... aż się dziwię. Ja samej sobie mam problem to wszystko wybaczyć i jak na razie myśl, że muszę z tym krzyżem iść, zwala mnie czasem z nóg. Ale brnę do przodu. Układam sobie życie na nowo. Choć już nigdy nie będę taka jak przedtem. Bo wciąż odczuwam zagubienie, wewnętrzny strach i fakt, że pierwszy raz w życiu oddałam komuś całą siebie. Osobie, która nie do końca na to zasłużyła, choć myślałam że właśnie na to wszystko zasługuje. To ja byłam tą słabszą częścią, to ja odpuszczałam, to ja uczyłam się jak to jest być kimś takim dla kogoś. Brak odczuwania irytacji, zaciskanie zębów przy złych nastrojach, uspokajanie... dałam to wszystko, pozbyłam się nawet lęku przed tym cholernym rzyganiem, bo przecież przy nerwicy żołądka dość często mu się zdarzało. A ja co? Nic. Stałam i patrzyłam i świat się nie zawalił. Opanowało mnie uczucie, którego nie znałam. Bezkres. To wszystko połączone z tak intensywną chemią i pożądaniem, że ból fizyczny pojawiał się od razu, gdy tylko traciłam go z horyzontu. Totalna destrukcja i uzależnienie. Seks przyprawiający o taki zawrót głowy, że cały świat mógł nam tylko pozazdrościć. Wieczny niedosyt. Ale musiał przyjść tego jakiś koniec. Gdzieś moja prawdziwa ja wołała, że nie będzie z tego nic dobrego. Że mężczyzna który kocha, nie zmieni faktu że od zawsze pies śpi w łóżku. Że będę jeździć autem z 3.5 silnikiem, bo kocham ten samochód. Bo wiele rzeczy poza sypialnią było na "Nie". Byłam królową sypialni, boginią, władza jaką posiadałam w łóżku z tym człowiekiem potrafiła mi na chwilę dać to czego oczekiwałam. Absolutnego uwielbienia. Jego koledzy mogliby tylko o tym wszystkim pomarzyć. O ilości, jakości. I vice versa. Wirtuozeria. Dotyk. Ciarki na całym ciele. Od stóp do głowy. Delikatność, czułość i... nie wierzę, że to wszystko się działo. To mnie zabijało od środka. Nie pozwalało funkcjonować normalnie, choć tak bardzo chciałam. Czy On chciał? Też chciał. Chyba nieświadomie odsunąć mnie od wszystkiego co kocham. Mieć mnie tylko dla siebie. Odsunąć od przyjaciół, rodziców i wszystkiego co kocham...
Obrałam z ciężkim sercem inną drogę. I ten blog będzie początkiem mojej własnej terapii i dążenia do tego, że będzie dobrze.
Tego bloga chcę prowadzić dla osób, które znam od lat i jak wiadomo dla samej siebie.
Mimo wszystko. Muszę napomknąć o tym co i jak.
Narobiłam syfu. Popełniałam błąd za błędem. Moim pierwszym błędem, a właściwie błędem na który nie miałam wpływu, było zakochanie się w mężczyźnie, który górnolotnie mówiąc zabrał mi wszystko. Dzięki temu, teraz szukam samej siebie i pomału się składam. Zraniłam osobę, która naprawdę mnie kocha, która nie wiem po raz który wybaczyła mi to co zrobiłam... aż się dziwię. Ja samej sobie mam problem to wszystko wybaczyć i jak na razie myśl, że muszę z tym krzyżem iść, zwala mnie czasem z nóg. Ale brnę do przodu. Układam sobie życie na nowo. Choć już nigdy nie będę taka jak przedtem. Bo wciąż odczuwam zagubienie, wewnętrzny strach i fakt, że pierwszy raz w życiu oddałam komuś całą siebie. Osobie, która nie do końca na to zasłużyła, choć myślałam że właśnie na to wszystko zasługuje. To ja byłam tą słabszą częścią, to ja odpuszczałam, to ja uczyłam się jak to jest być kimś takim dla kogoś. Brak odczuwania irytacji, zaciskanie zębów przy złych nastrojach, uspokajanie... dałam to wszystko, pozbyłam się nawet lęku przed tym cholernym rzyganiem, bo przecież przy nerwicy żołądka dość często mu się zdarzało. A ja co? Nic. Stałam i patrzyłam i świat się nie zawalił. Opanowało mnie uczucie, którego nie znałam. Bezkres. To wszystko połączone z tak intensywną chemią i pożądaniem, że ból fizyczny pojawiał się od razu, gdy tylko traciłam go z horyzontu. Totalna destrukcja i uzależnienie. Seks przyprawiający o taki zawrót głowy, że cały świat mógł nam tylko pozazdrościć. Wieczny niedosyt. Ale musiał przyjść tego jakiś koniec. Gdzieś moja prawdziwa ja wołała, że nie będzie z tego nic dobrego. Że mężczyzna który kocha, nie zmieni faktu że od zawsze pies śpi w łóżku. Że będę jeździć autem z 3.5 silnikiem, bo kocham ten samochód. Bo wiele rzeczy poza sypialnią było na "Nie". Byłam królową sypialni, boginią, władza jaką posiadałam w łóżku z tym człowiekiem potrafiła mi na chwilę dać to czego oczekiwałam. Absolutnego uwielbienia. Jego koledzy mogliby tylko o tym wszystkim pomarzyć. O ilości, jakości. I vice versa. Wirtuozeria. Dotyk. Ciarki na całym ciele. Od stóp do głowy. Delikatność, czułość i... nie wierzę, że to wszystko się działo. To mnie zabijało od środka. Nie pozwalało funkcjonować normalnie, choć tak bardzo chciałam. Czy On chciał? Też chciał. Chyba nieświadomie odsunąć mnie od wszystkiego co kocham. Mieć mnie tylko dla siebie. Odsunąć od przyjaciół, rodziców i wszystkiego co kocham...
Obrałam z ciężkim sercem inną drogę. I ten blog będzie początkiem mojej własnej terapii i dążenia do tego, że będzie dobrze.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)